Marceli Gadalski, Ziemia / Ciało
TEKST #1
Ach Gajo, najstarszą tyś jesteś ze wszystkich bogiń.
W twoich rękach jest nasz człowieczy los.
W podzięce za twą litość ofiarujemy ci ciała naszych braci. Ichnią krew,
która spływa w głąb ziemi przez liczne pory i karmi twe spragnione usta.
Abyś później na wiosnę mogła wydać swój obfity plon.
Gdy nastanie czas suszy. O, biada tym, co odmówili ci uczty. Tym, którzy wzniecili twój boski gniew. Jedynym zbawieniem jest kolejna bitwa oraz kolejna rzeź. Czerwony strumień życia pokryje pola, lasy i łąki. Na nowo ożyje ziemi duch. Nastanie dobro i ku twojej czci świętować będziemy pijąc słodkie wino oraz jedząc sycący chleb.
Gajo, tyś nieśmiertelna lecz śmiertelnym i słabym jest twojego łona płód. Już od narodzin karmisz nas swą piersią. Troszczysz się jak matka o nasz marny lud. A gdy przychodzi najwyższy czas i osłabłe ciało już wyzionęło swój ostatni dech, szepcząc nam do ucha kołysankę układasz nas do wiecznego snu w zaświatach.
TEKST #2
Schodziłem coraz to głębiej w czerń po wąskich stopniach. Odbicie słońca powoli nikło, aż w końcu byłem zmuszony podążać ślepo za odgłosem wody. Robiło się coraz zimniej. Nagle, wyczułem pod stopami szeroki próg. Podniosłem głowę i w oddali spostrzegłem snop światła, którego źródło dochodziło z nieskończonej otchłani nade mną. Ścieżka ku światłu była nierówna i utworzona z dziwnie znajomego mi materiału o dużej elastyczności. Wilgotne powietrze skropliło się na mojej skórze. Od panującego zapachu zgnilizny zbierało mi się na wymioty. Nareszcie doszedłem do wzgórza, zza którego dochodził ten tajemniczy blask. Wspiąłem się na sam szczyt i spojrzałem w dół. Ujrzałem szeroką wolno płynącą rzekę, a w niej setki unoszących się ludzkich ciał. Po, krótkiej chwili oniemienia spostrzegłem, że ciała te były nie tylko w rzece, ale w zasadzie tworzyły cały krajobraz tego miejsca. Pagórki między, którymi wcześniej przebyłem swoją podróż były usłane trupami. Gdzieś z ciemności wiszącej nade mną wyskakiwały zwłoki, które później wpadały z pluskiem do rzeki. Wszystkie wyrazy zapisane na twarzach martwych łączyły się w niemym krzyku. Krzyki te rosły w sile i zdawały się być coraz bardziej nieludzkie. Jakby to sam antychryst wydawał swój pisk. Światło bez źródła zaczęło przyciągać mój wzrok. W końcu nieuniknienie, uległem działaniu rozpostartego przede mną widoku. Boska symfonia bólu wdarła się do mojej duszy i kompletnie zawładnęła nad moim ciałem. Przestałem być. Światło, którego byłem wcześniej jedynie obserwatorem wypełniło me puste wnętrze. Stałem się jednym z samym bogiem.
TEKST #3
Pół martwe serce przestaje pompować krew. Ciało blednie. Słychać płytkie oraz rzadkie pośmiertne wdechy powietrza. Jakby nieżywy już organizm z tęsknoty za życiem wydawał swój ostatni zew. Mózg pozbawiony tlenu umiera, a wraz z nim przestaje istnieć człowiek. Ciało powoli wypełnia chłód. Mięśnie kurczą się w desperackiej próbie pozostania jednością. Napięte ciało najpierw staje się posągiem, po czym w wyniku rozluźnienia zamienia się w galaretę. Krew, pod wpływem grawitacji, powoli spływa w kierunku pleców przystających do ziemi. Tworzy się tam siny obrzęk. Komórki pękają, a ich błony są rozkładane przez kwaśne płyny. Do wielkiej uczty przyłączają się również bakterie. Gromadzące się gazy rozdmuchują ciało niczym balon. Odór zgnilizny przyciąga owady, które składają swe jaja w nosie, oczach oraz uszach. Pod wpływem ciągłego wzrostu wewnętrznego ciśnienia skóra rozrywa się i płyny zaczynają sączyć się na zewnątrz. Całe ciało czernieje. Ze wcześniej złożonych jaj wydobywają się larwy, które przystępują do natychmiastowej konsumpcji otaczającej je tkanki. Po człowieku pozostaje wydrążone ciało bez organów, a jeszcze później sam szkielet. W ostatniej fazie rozkładu unicestwieniu ulegają również same kości, które rozpadają się na elementarne pierwiastki i tym samym powrotnie dołączają do obiegu przyrody.