Dawid Wincenciak, Podmuchy
Drogę do celu nazywamy procesem. Zastanawiamy się czy cel jako efekt jest rzeczywistym odbiciem naszej pracy, czy może właśnie proces jest wiarygodnym odzwierciedleniem naszych nerwów, wysiłków i wrażliwości w dążeniu do produktu gotowego. Tworzymy obrazy, realizacje audiowizualne, utwory muzyczne, których przesłanie wcześniej było założone. Brniemy w kierunku wizualizowanych wcześniej w wyobraźni nośników merytorycznych, ale zapominamy o tym jak emocje, przedmioty, zachowania towarzyszące temu procesowi wpływają na efekt finalny. Emocje, od których częściej jesteśmy zależni, ale które nigdy nie są zależne od nas; instynktowne, impulsywne, pierwotne; emocje, które podświadomie dyktują czy wcześniej założone przesłanie nie zmieni swojego wydźwięku, a my nawet tego nie zauważymy. Nasze emocje i zachowania, pierwotne i nabyte, uświadamiają nas, że jeśli zaufamy procesowi, nasze dzieło będzie dziełem najszczerszym. Niezależnie od tego czy jest to moment prokrastynacji czy przyspieszonego, zagęszczonego działania – jesteśmy ostatecznie jak liść na wietrze, naszym wietrze emocjonalnym, który czasem potrafi rozpętać sztorm, tornado, huragan, a innym razem będzie delikatną bryzą, która da nam chwilę spokoju.
Życie jako dzieło. Linia łącząca punkt A z punktem B. Organizm człowieka samoistnie robi wyrzut dimetylotryptaminy zwanej powszechnie DMT w dwóch momentach – przy narodzinach i przy śmierci.
Naturalne doświadczenie „transcedentalne”, psychodeliczne, fraktalne osiągamy tylko dwa razy w życiu. Za pomocą wytworzonych kartonów z kwasem, jointów z DMT czy grzybów halucynogennych możemy doświadczać tego częściej. Ale nasze działanie ponownie zostanie sklasyfikowane jako zmanipulowane przez podświadomość, emocjonalny zastrzyk.
Ciężko w obecnych czasach kultywować filozofię stoicyzmu. Bliżej jest nam do hedonizmu – powiedziałbym nawet neohedonizmu czy futurohedonizmu. Rozwój technologiczny i zmechanizowanie przemysłu są powodem wielu zanieczyszczeń, toksyn wydostających się do powietrza. Zamiast bliskości z naturą odczuwamy bliskość z naturą ludzką, której zapach przypomina zapach papierosów, benzyny, palonych śmieci, śmierci. Jednostka traci własny wiatr w żaglach i wchodzi na okręt, którym wszyscy płyniemy. A tam każdy jest uzależniony od czegoś psychicznie.
Palę pety. Palę ich mnóstwo. Dzień zaczynam od papierosa. Potem zaparzam kawę i palę kolejnego papierosa. Kiedy się denerwuję to kręcę peta, a nawet dwa pod rząd. Kiedy się śmieję, to na ogół z przygotowanym tytoniem w dłoniach. Kiedy kończymy się kochać z dziewczyną, palimy w łóżku papierosy. Kiedy gotuję obiad to piję wino i pod okapem kopcę szluga. Jestem uzależniony. Jest to wiatr który unosi mnie jak dym na wietrze. Moje życie jest w pewnym stopniu podyktowane przez smak i zapach papierosów. Moje emocje są jak taniec tego dymu.
W zależności od stanu wewnętrznego, dym wypuszczany na zewnątrz zawsze zmienia swoje ruchy. Czasem wypuszczony zostaje prędko i od razu kolejny jeszcze szybciej wchłaniany. Taki fokstrot. Czasem jest wypuszczany namiętniej, gęściej, podkreśla swój moment zawieszenia w powietrzu. To bardziej tango. Jestem uzależniony. Psychicznie.
Wraz z rozwojem kultury i sztuki popularnej, obserwujemy wielki skok konsumpcyjny wśród globalnej populacji. Reklama działa w ten sposób, że zapisuje się w tej warstwie naszej półkuli, która daje o sobie znać w najmniej przewidywalnym, a jednocześnie najbardziej trafnym momencie. Kiedy musimy coś kupić, kiedy musimy porównać ceny etc. Zaczynamy myśleć, rozważać, konsultować. Chcemy się upodabniać, robić tak jak zostało nam coś doradzone, a co gorsza narzucone; chcemy imponować, unosić się w świetle spojrzeń, być częścią większego organizmu. Widzieliście kiedyś twardziela w filmie, który nie palił papierosa? Albo wersję Bonda, w której Bond jest abstynentem? Jesteśmy podmuchem napędzającym taniec pieniądza równocześnie będąc jednym z banknotów. A skoro mamy już ulegać podmuchom, to rozsądniej tym sztucznie wytworzonym czy tym naturalnie w nas drzemiących?
To prosty mechanizm. Jesteśmy jak liść na wietrze śrub, które obracają tańcem gwoździ wbijanych w trumny.
Koncepcja instalacji:
W przeszklonym pomieszczeniu zawisną na sznurach szubienniczych „prace” tj. każdy analogowy wytwór „twórcy” (nie artysty) tj. człowieka szczerego. Wiatraki wmontowane w podłogę rozpoczną taniec gwoździ początkowo luzem leżących. Obserwator będzie miał okazję zobaczyć destruktywny wpływ wcześniej wspomnianych „podmuchów” na szczerą, „prymitywną” działalność twórców sprzeciwiających się rozwijającym się trendom, nurtom, progresji technologicznej, których proces jest „zawieszany”, „zawieszony”.